cranium w rozmyślaniu

ponoć trzeba się wykrzyczeć, wygadać, żeby było lepiej. ponoć jak jest dobrze, to się nie szuka, nie odwraca głowy. ponoć.. a jednak ciągle się wraca, choć te powroty coraz trudniejsze, coraz bardziej odległe. coraz mniej widoków, coraz mniej znanych.  ironiczny bezdech ciągnie na pustynie. w wichurze zawiesza się na przekrzywionym krzyżu a jak już dojdziesz ruchem kraba to chowa się w fioletowych bratkach. tu nawet śmierć bezczelnie się chichocze, tryumfuje przypominając o swojej wygranej. ściga się niczym królik z Alicji, pokazując i przypominając o egoizmie i błędach. śmierć lubi podrzucać wyrzuty sumienia. trzaska Królową Śniegu.  śmierć, ponoć i my będziemy się z niej śmiać…

ponoć jak jest dobrze, to się nie szuka.. ale czy to jest dobrze?

i co jeśli nie…

Cranium w podróży

Od pół roku nervus facialis jest niczym święty obrazek doglądany i dopieszczany codziennie. Jesteśmy na dobrej drodze, by się zaprzyjaźnić. Powiedzieliśmy sobie rzeczy dobre i rzeczy złe. Krzyczeliśmy, płakaliśmy, zacisneliśmy zęby i strzeliliśmy focha. Głaszczemy się prądami niczym maślanką po oparzeniach. Jesteśmy jak małe dzieci i uczymy się na nowo chodzić. Zanikają prywatne miejsca, zanika intymność chwili wyrywana egoizmem i pośpiechem. Dlatego biorę namiot i jadę w najdalszy zakątek swojej dziczy. Nadsłuchiwać i wypatrywać Canis lupus i ursus arctos.
Śmierć, bądź piekny widok gdy cialo odmówi posłuszeństwa. Czas na błękitną ciszę..
„Chwila, która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil…”

Cranium – osobista pokuta

Renatka śpiewa w tle „każdy ma swoje piekło..” gdy przeklęty telefon zmienia moje życie i wszystko zabarwia się na czerwono. z domieszką błękitno-białych przepływów kroplówek. zatrzymał się świat i runął w ciemność. to był krótki lot z długimi, poprzecznymi obrazami. nadzieja kapie kropla za kroplą, powoli, jakby specjalnie dawkuje emocje. z lubieżnością uśmiechają się venflony. każdy w innym kolorze, niczym rozkładając most prosto do śmierci. przegrywają o centymetr. wtedy już nie byłoby mowy o przetoczeniu krwi. chociaż raz dziękuje mózgoczaszce, że przegrała ze swoja twarzową siostrą. całuje ją siną, popuchniętą, by po tygodniu z ledwością uśmiechnęła się do mnie żółcią nieśmiałego słońca. szukam rusztowania czlowieczeństwa uśmiechając się do dołka po kości skroniowej. drabinka po drabince będzie się podnosić. wypelniać, oby nie płynem, oby nie na poduszce rosnącego krwiaku. szeptam mu do ucha a kysz, a kysz. tylko się wchłoń, zniknij, szybko jak przyszedłeś. a nie będę już od życia oczekiwać więcej. tylko daj nam więcej czasu dla siebie. Zrywa się nervus trigeminus, pogruchotał się nervus facialis. światło latarki szuka w opadłym oku reakcji. TK i Brackmann chwilowo podbudowują. sen zamienia się w letarg. waga unosi coraz mniejszy cieżar. mam ochotę pozabijać drabiną pół świata. teraz już tylko trzeba czekać, czekać, czekać…tylko.. nie pozostaje już nic więcej..
nie sądziłam, że to powiem tak szybko, ale nie ma białych latawców, nie ma reakcji na telefoniczne piki, teraz tylko zrywam zastygłe skrzepy i mieszam kaszki bananowa, truskawkowa, malinowa. galaertki bananowa, truskawkowa, malinowa. soczki, przecierki, zmiksowane kotlety.. łyżka za łyżką.. wiruje świat w każdym słabym kroku.. mogłabym się już schować w dołkach kolan..w ukryciu tylko schną oczodoły..

tour de labut

stoje w tym porcie jak głupia i modle się o ochłodzenie. nawet czas nie upływa przy pocieraniu rąk, bo mróz nie chwyta. Balbina drwiąco podnosi głowę i robi awanturę o byle co. że skórka za miękka, że skórka za twarda. jak typowa kobieta strzela fochy i wzdryga się przed pobrudzeniem paznokci. nie pomagają wykłady o zdrowotnej mocy glonów i nadmorskiego piasku.
Smok też jakoś przygrzał ogniem a potem zajął łache, podsłuchując sporu M czy L. Ech, te blondynki! zmieścił bym się w S, przecież nowy trend to lubię obcisłe. Tęskno mi za kasztanami na Plantach i różowym słoniem z teatru. Oglądam się, ale nigdzie nie widzę różnokolorowych oczu. A gdyby tak były, to co?
Mimo globalnego ocieplenia zbieram większą ilość latawców, bo zbliżamy sie do urodzinowego tortu. Nasze małe, prywatne Euro, które powraca małymi medalami na mapie. Chociaż tu nie ma przegranych…

późno jesiennie..

wciąż tkwi mi w głowie czerwona bronsoleta. powiewa niczym sztandar. krązy po wodzie i przesuwa mi przed oczami życiowe obrazy. wryła się w pamięć, bo przerazila mnie nie nieuchronnością, nie jakby to powiedzieli niektorzy „zbyt wczesnym czasem”, ale nagłością. to nie mogło się zdarzyć, bo tak sobie myślę został mi zapas zielonych znaczników, nie przedłuzone zostaly płatnicze zobowiązania, a przede wszystkim nie miałam zdjęcia na którym widać by było zadowolenia z życia. już mam, choć M. dalej upiera się „jeszcze nie zrobilem Ci zdjęcia z którego bym był zadowolony”. ja już mam, widać spokój i ciszę i satysfakcję. i nikt mi nie wmówi, że te 8 lat oddania się w śmiertelne objęcia Neptuna były na marne, bez sensu, bo nie jestem egoistycznym pracownikiem naukowym. szacownym profesorem.
patrzę na bukową łódkę i zastanawiam dokąd Cię poniesie. jakby to było gdybym wyciągnęła rękę, gdy siedziałeś na fotelu. tak sobie gdybam ile osób by znalazlo czas i chęci, by przemierzyć kilometry, by wysilić swoje zabiegane głowy, żeby przypomnieć sobie  kim tak naprawdę dla niego byłam. czy ktoś miałby odwagę nie zrobić ze mnie klowna i nie ubierać mnie w elastyczną lycrę. obrzydlistwo. no i muzyka.. trochę powinna byc inna niż zazwyczaj.
żółte cętki i futrzaste, różowe torebki. a te panterki.. tęsknie za nimi..i góry..i to ciepło wygasającego kominka, gdy dopiero o brzasku dopijałyśmy herbatę..
czemu potrzeba wielkiego dzwonu, którym przypadkiem dostaje się w łeb żeby znaleźc chwilę i sobie coś przypomnieć?
znów zima, znów zimowe kieszenie do których zmieści się pomocna dłoń..i długie rękawy zielonego swetra..
w Naszej baśni..jaka to filizofoia uciekać od skomplikowanych kombinacji?

underground

satysfakcjonująca jest ilość puszczonych, zielonych latawców. satysfakcjonujaca jest też ilość przetaczanej krwi mimo, że żyły się buntują i coraz bardziej widać na nich rysy. trzeba chować się pod plastrami niczym świąteczna szynka. nieoczekiwanie chorujemy w tym samym czasie niczym rozdzielone, nieświadome bliźniaki poróżnione przez zazdrosną matkę, żonę, kochankę.. duma buduje głupie, grube mury.. tragedia wali potem głową o ten mur.. wszystko wydaje się bez sensu.. nie pozostaje nic innego jak żałować ślubnych obrączek i pseudo atrakcyjności, która dla niektórych nierozerwalnie związana jest ze zdradą i przelotnego seksu.. tylko dinozaury wierzą jeszcze w jedność dusz.. nie ciał..
trąbiąca była woda.. trąbiąca byla roślinność.. wrzeszczał nawet Neptun.. a potem zrobiło się tak cicho.. tak duszno.. tak ciemno…
potem zobaczyłam, ze dalej mam dziesięc palców u rąk.. i dwie nogi.. i czerwoną bransoletę podtrzymującą życie.. na szczęście przyjaźń uśmiecha się wtedy, kiedy trzeba..
wciąz podskakuje przy zamkniętym domu probując choc przez okno zobaczyć kawałek rzeczywistości.. im szybciej, tym lepiej.. upadki z niskiego piętra jednak nie są tak niebezpiecznie.. a przecież jeszcze coś przed nami…
ubywa, ubywa.. i czasu.. i kilogramów.. i życia.. czy warto je trwonić?…

i przyszła kolejna..

..tak jak i Ty ma brązowy odcień, ale rzęsy trochę krótsze i trochę bardziej zadziorna, walcząca, cicha, ale lubiąca psikusy. ma mniej gracji od Ciebie. widać, że jakby mogła poszla by na drzewo i skakala z gałęzi na gałąź niczym wiewiórka. oby na niej nie zawisła, ani na niczym innym. uciekła przez pola, płoty. i już wywija nam tyłkiem w centrum miasta. czeka na flesze..
bo stało się dużo. znów spadło jak grad z nieba. wywróciło, porysowało parapety a potem znów morze się wygladziło. nie odciska się jak ziarenka piasku, nie czuć kagańca, nie widać cienia smyczy. wyrzuty sumienia nie krzyczą kiedy nadchodzi dźwięk „masz wiadomosć” nie przystawiają się uszy do ścian gdy ndchodzi wibracja połączenia. a jednak czasem pustko gdy za drzwiami wisi tylko ciemna, zgaszona lampa. obracają się potem tylko nazwy, imiona przesycone zjadliwymi komentarzami..
dzieją się rzeczy dziwne. ale tak było zawsze. dziwne, przyciąga dziwne. pogłębiam swoją leśną wiedzę. ściśle wiążę się z zielonym, bo ma on być niczym kaganek dla zwiedzających. łasych obserwatorów, którzy będą potem z chęcią wysyłać listy z rożnych regionów świata.
oby tylko piasek i slona woda nie śmiala im się w twarz. znów wykrzykując „byłam pierwsza, byłam pierwsza”. uspokaja widok Ciebie wtulonej w swoje ramie. cierpliwej. moja równolatko.. ile jeszcze przygód i czasu przed nami.. ale wracasz wciąż kręcisz się wkoło. i Ty pierwsza damo, wierna, waleczna, zabierająca męża na przeloty..
jest bardzo, bardzo cicho..
sycąca pora oczekiwania..

tacy byliśmy jeszcze wczoraj…

jeszcze pamiętamy jak potknęła się o moją stopę. jak utonęła w rękach ochroniarza a potem w niebieskim, kąpielowym płaszczyku jechała czarnym ambulansem. jeszcze pamiętamy jak postawiła pierwsze, pionowe, chwiejne kroczki. jeszcze jej smutne oczy po strocie koleżanki. jeszcze zabawy z boćkami. jeszcze przebieranie się za wydrę. a teraz zostawiła pustkę większą niż ta ziejąca dziura między drzwiami a podłogą przez którą wyleciał czekoladowy latawiec…

strzelają. pojawia się „lewy” i „prawy”.. przypadkowe bliźniaki do pary. odwracamy głowy, żeby nie żżyć się zanadto. odwracamy głowy gdy dłoń muska dłoń. coraz niżej badając czubki naszych butów. odkrywam się przypadkowo przed wrzeszczącym, najtańszym brukowcem i wiem, że jutro fałszywe litery pobrudzą mi palce. dokładam kawałków drewna na stos, by ludzie mieli widniejszą drogę do odczytywania i pisania kolejnych historii..

bo ptaki zawsze wracają…a Ty chodzisz dumnie u siebie na górze..

z Tobą odeszły anioły…

za zaproszeniem krasnoluda znakuje polską, drużynę piłakrską. zapadam się w pelikanią czeluść. pozwalam by fontanna spłukała plugawy dotyk. puszkuje ambicje, którą ktoś przy piwie smaży mi na grillu. z danii nadlatują czarne latawce. bawię się w piromana codziennie dokładając jedną świeczkę. rowerowo pozwalam na uwolnienie adhd moich połamanych kolan. zwiedzam wyższe półki przedsiębiorstwa. zamykają mnie na ważniejszej próbówce w laboratorium z etykietą „pod odstrzał. i plecak znów wyciągnięty..